WEWNĘTRZNA SIŁA kontra SAMOTNOŚĆ BIEGACZA

Samotność biegacza. Wiele razy słyszałam to określenie, specjalnie się nad nim nie zastanawiając.

Ot, tyle że często się biega samemu. Z drugiej strony już same biegi są jak najbardziej wydarzeniem zbiorowym. Zatem gdzieś ta samotność mi majaczyła aż do…

 

Aż do czasu gdy w maju tego roku, pierwszy raz przebiegłam maraton. To znaczy wcześniej przebiegłam już xx półmaratonów, ale CAŁY maraton to pierwszy raz. Było to w Kołobrzegu, a impreza – jak na bieg – miała charakter kameralny, bo biegło niespełna 300 osób.

 

Jak to zwykle bywa, najpierw jest się w grupie, a potem bieg znacznie się wyciąga.

Przy niewielkiej ilości uczestników, były takie momenty, że biegłam praktycznie sama, bo ktoś przede mną ze 30-40 metrów i za mną podobnie. Do tego dodajmy – piękne, a jakże! – okoliczności przyrody tj. z jednej strony morze, z drugiej albo las albo (ale rzadko) jakieś zabudowania.

 

Weekend majowy był raczej chłodny, więc turystów też jeszcze było mało. Najpierw biegliśmy do latarni morskiej w Gąskach. Tam była zawrotka i z powrotem do Kołobrzegu. No właśnie. Biegnąc już coraz słabszym tempem i z coraz większym wysiłkiem poczułam to! SAMOTNOŚĆ BIEGACZA dopadła mnie w całej pełni!

 

Pomyślałam wtedy, że choćbym zeszła z trasy, czy padła – nikogo to nie obchodzi. Zapewne takie myślenie było  już efektem zmęczenia. Poczułam jednak wtedy, że samotność biegacza oznacza nie tylko to, że do treningów i biegania w każdą pogodę trzeba się SAMEMU ZMOTYWOWAĆ, ale też że nawet podczas biegu z innymi tak naprawdę CZŁOWIEK JEST SAM.

 

Smutne to? Niekoniecznie. Bo jednak przetrwanie biegowych kryzysów pokazuje, że właśnie ten samotny człowiek ma siłę. On. Sam. Jeden 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked