Zrzucić 10 KILO w 10 DNI? To możliwe, jeśli tylko…

Jako dziecko dwa razy złamałam rękę i pamiętam to uczucie po zdjęciu gipsu. Wydawało się, że ta pozbawiona ciężaru ręka odlatuje do góry! 🙂

Zastanawiałam się, czy podobnie będzie po porodzie. W końcu w wielu artykułach czytałam, że bezpośrednio po urodzeniu dziecka ubywa nam kilka kilo (co obejmuje samego maluszka, łożysko, wody płodowe itp.).

Niestety, żadnej lekkości nie było, bo choć rodzić miałam naturalnie, to skończyło się na awaryjnych cesarskim cięciu 🙁 A po tym – jak po każdej operacji – trudno mówić o poczuciu lekkości 🙂

Tak czy owak, po wyjściu ze szpitala miałam o 4 kg mniej i dalej – już w domu – błyskawicznie zaczęłam spadać z wagi. W ciąży przybyło mi ok 12 kg i po 10 dniach, mam już 10 kg mniej.

waga, odchudzanie, schudnąć

Przyznam, że sama się zdziwiłam, że to tak szybko idzie, ale jest też i wyjaśnienie tego faktu:

1. Ćwiczenie i bieganie przez całą ciążę – nagranie z biegu w 9 miesiącu ciąży możesz zobaczyć TUTAJ, a ostatnie 3 km przebiegłam tego samego dnia, kiedy trafiłam do szpitala.

2. Karmienie piersią (i nie objadanie się na tę okoliczność 🙂 )

3. Aktywność od razu po porodzie – po powrocie do domu ze szpitala od pierwszego dnia zaczęliśmy chodzić na spacerki.

20180305_094047

Zatem po porodzie jest możliwy szybki powrót do dawnej wagi pod warunkiem aktywności fizycznej 🙂

 

fot. główne: pixabay

(Przyszła) MAMA na WALIZKACH – Jak wyglądają ostatnie DNI przed PORODEM? (VIDEO)

Wiadomo, że termin porodu ustalany jest orientacyjnie i mało komu udaje się trafić w wyznaczoną przez lekarza datę 🙂

W moim przypadku, wszyscy sądzili, że urodzę wcześniej – ze 2-3 tygodnie wcześniej. Tak się jednak nie stało, więc czekam do tej pory. Nic nie odkładam na później, bo przecież zaraz może być JUŻ! A wtedy wiadomo, że przez jakiś czas będę całkowicie pochłonięta dzieckiem 🙂

 

Tak więc te dni są specyficzne. Z jednej strony, człowiek jest „uziemiony” – przekonałam się, że nawet niedaleki wyjazd (godzinka w jedną i godzinka w drugą stronę) staje się bardziej wysiłkiem niż przyjemnością. Z drugiej strony odzywają się jakieś tęsknoty, by podróżować – pojechać na przykład nad morze, a jeszcze lepiej zagranicę – do jakiejś europejskiej stolicy. Słowem – oderwać się!

Z jedzeniem też jest ciekawie, bo – o ile do tej pory nie miałam specjalnych zachcianek lub niechęci do danego produktu – tak teraz… W sumie nie wiadomo co jeść 🙂 ulubione do tej pory produkty i dania nie smakują, a zaczyna smakować coś zupełnie innego. Gorzej jeszcze, że te smaki zmieniają się z dnia na dzień! 🙂

 

Nie zmieniła się u mnie potrzeba ruchu – ćwiczenia, ćwiczeniami, spacer, spacerem, ale i tak muszę się przebiec – choćby symbolicznie, bo tylko to daje odpowiednie dotlenienie.

Tak więc, zakupy dziecięce poczynione, wyprawka do szpitala z grubsza spakowana i …czekamy 🙂 A czekając biegamy w „dwupaku” – poniżej filmik z przed kilku dni 🙂

 

 

fot. pexels.com

Pamiętaj o KANAPCE dla świeżo upieczonej MAMY! Szkoła RODZENIA czy… STRASZENIA!? Czego możesz się dowiedzieć podczas SZKOŁY RODZENIA i czy warto się zapisać na zajęcia?

Szkołę rodzenia polecił mi lekarz prowadzący, więc postanowiliśmy się zapisać. Kurs składa się z 4 zajęć, które miały trwać po 2-3 godziny a trwają… w nieskończoność! Każde spotkanie jest podzielone na ok. 30 minutową część aktywną (ćwiczenia, masaż), a druga – to wykłady.

 

Zacznijmy od gimnastyki – poza ćwiczeniami mięśni Kegla, które to ćwiczenia może nie są tak bardzo znane; pozostałe –  to było fitnesowe „przedszkole” – podnoszenie nóżki, czy robienie rowerka…

Jeśli dziewczyna jest aktywna i stara się zachować formę w ciąży, to te ćwiczenia stanowią zerowy poziom trudności i wysiłku… choć trzeba przyznać, że niektóre ciężarne i tak się zmęczyły 🙂

Fajne były zajęcia dot. masażu, gdzie mężowie czy partnerzy masowali plecy swoim kobietom 🙂

 

Co do zajęć teoretycznych… tu mamy całe bogactwo sprzeczności i paradoksów. Po pierwsze, każde zajęcia prowadziła inna położna, więc były zajęcia z „jajem” i były zajęcia wręcz groteskowe, gdy pani prowadząca posługiwała się fantomem z minionej epoki i prezentowała etapy porodu.

szkoła rodzenia

Dla kobiet nie był to zachęcający widok, co dopiero dla mężczyzn….

Z kolei inna położna opowiadała tyle humorystycznych historyjek z sali porodowej czy szpitalnej, że i poród i szpital wydawały się mniej „groźne” 🙂

 

Co mnie zaskoczyło to, że szkoła rodzenia to także miejsce swoistego prania mózgu!

Na przykład z opowieści rodzących koleżanek wiem, że położne nie chcą pomagać. Nawet gdy świeżo upieczona mama w szpitalu jest sama, bo nikt  z rodziny nie mógł przyjechać. W wersji położnych brzmi to tak, że od samego początku mama jest z dzieckiem bo to dobre dla mamy i dziecka itp…

Pranie mózgu dotyczy także banku krwi pępowinowej, bo na szkołę rodzenia wpuszczane są firmy. Po prostu po to,  robić sobie marketing i zbierać dane osobowe.

Trzecia sprawa to… kanapka! Młody tata powinien do szpitala zabrać kanapki – i dla siebie i dla żony, która po porodzie będzie nie tylko głodna, ale i zmęczona! Słuchając tych rad, panie kiwają głową z zadowoleniem – tak! niech o mnie zadba! – a ja sobie myślę tak: Po pierwsze to nie każdy chodzi na szkołę rodzenia, więc może nie wiedzieć o tej mitycznej kanapce 🙂 Po drugie – być może kobieta nagle zacznie rodzić i wtedy jadą do szpitala nie myśląc o szykowaniu kanapek. A po trzecie i najważniejsze – czy my przypadkiem nie płacimy grubych pieniędzy na ubezpieczenie? I czy ta przysłowiowa kanapka nie powinna być zapewniona przez szpital… tak po prostu? 🙂

 

Czy warto więć zapisać się na szkołę rodzenia?

Szkoła do której ja chodziłam to swoisty misz-masz i wielka różnorodność osobowości oraz sposobu przekazywania wiedzy. Różnie można oceniać przydatność takich spotkań, jednak moim zdaniem – mimo wszystko – warto się zapisać. Może na tej zasadzie, że od koleżanek często możemy usłyszeć negatywne opinie na temat podejścia personelu do rodzących. A z kolei od samych położnych usłyszymy sporo przydatnych informacji i… pozytywnej wersji na temat traktowania w szpitalu. 

Prawda pewnie leży gdzieś po środku, więc potem same ocenimy i wyciągniemy wnioski 🙂

 

BIEGANIE w CIĄŻY! Co należy ZMIENIĆ, aby biegać BEZPIECZNIE? Zobacz VIDEO!

Chyba każdej kobiecie, która jest w ciąży i biega towarzyszy – mniejszy lub większy – lęk. Czy wszystko robię dobrze? Czy aby sobie i dziecku nie zaszkodzę?

 

Oczywiście można posłuchać tych, którzy mówią, że bieganie w ciąży grozi poronieniem i zasiąść na kanapie – może tak jest bezpieczniej. Ale jeśli tak jak ja, biegasz już x lat, to raczej sobie tego nie wyobrażasz 🙂

Biegając starałam się podejść zdroworozsądkowo i w moim bieganiu nastąpiło kilka zmian. Jakich? O tym opowiadam na poniższym video 🙂

 

Bieganie w ciąży – wolno czy nie wolno?

Bieganie w Polsce robi się coraz bardziej popularne. Dlatego też sporo kobiet, zachodząc w ciążę zastanawia się, czy w tym czasie wolno biegać?

 

Na początek opinia lekarzy. Otóż zalecają oni, by panie, które nie biegały przed ciążą, nie rozpoczynały treningów już w jej trakcie. A już na pewno nie jest to wskazane w pierwszym trymestrze. W kolejnych miesiącach można robić delikatne przebieżki, ale z naciskiem na delikatne 🙂 Kobiety, które biegały przed ciążą, mogą kontynuować uprawianie sportu, ale z mniejszą niż dotychczas intensywnością.

Tyle w teorii 🙂 A jak było u mnie?

Na wiosnę szykowałam się do swojego pierwszego pełnego maratonu, więc biegałam po ok 20 km, do tego treningi z podbiegami i interwały. Na początku maja przebiegłam maraton w Kołobrzegu i potem zrobiłam sobie trochę luzu w ramach regeneracji.

Tymczasem, dni mijały, a forma nie wracała… Dopiero pod koniec czerwca zorientowałam się, że jestem w ciąży! Tak więc teoria, że trzeba łagodniej biegać u mnie była niejako wymuszona przez organizm, bo po prostu nie miałam sił.

W pierwszym trymestrze w ogóle biegałam bardzo ostrożnie, a więc nie za długie dystanse (5-7 km) i wolniej niż dotychczas. Podobnie z jazdą na rowerze, którą traktuję jako spacer 🙂 Moje standardowe 15 km dosyć ostrej jazdy zamieniło się w spokojne 10 km.

 

pompki

 

Spodziewałam się, że wraz z rozwojem ciąży, forma będzie spadać jeszcze bardziej. Tymczasem także u mnie sprawdziło się to, że w drugim trymestrze jest znacznie lepiej. Kolokwialnie mówiąc poczułam mega powera 🙂 który pozwolił mi przebiec nawet 10 km! Co prawda trwało to całą „wieczność”, bo ok 10:15, ale nie czułam się jakoś specjalnie zmęczona, więc zwyżka formy była zauważalna.

Co dalej? Zbliżając się do 5 miesiąca odczuwam już pewną ciężkość w bieganiu (5 kg na plusie 🙂 i biegam też bardziej ostrożnie, unikając podskoków, ale… nadal w ruchu.

Co więc mogę poradzić innym?

Na pewno tego, by słuchać się lekarzy i nie forsować. Z drugiej strony, dziewczyny i kobiety, które uprawiały sport przed ciążą, na pewno nie wyobrażają sobie przesiedzieć 9 miesięcy na kanapie. Zatem ćwiczmy, ale rozsądnie!

 

fot. pixabay

Jak POLUBIĆ swój BRZUCH?

Współczesna kultura lansuje bycie fit. W kwestii brzucha to jest oczywiste, że mężczyzna powinien mieć „kaloryferek”, a kobieta talię osy, względnie płaski, umięśniony brzuszek – w zależności od typu sylwetki.

Brzuch niedoskonały czyli wystający, okrągły, zwiotczały – to nasz wróg! Jest przecież jasne, że niedoskonała figura stanowi przeszkodę w nawiązywaniu relacji osobistych, w robieniu kariery i w wielu innych sytuacjach – słowem stanowi przeszkodę w byciu szczęśliwym. I dlatego z brzuchem trzeba walczyć! 🙂

 

Sama taką walkę przeżyłam ponad 10 lat temu, gdy przez ok. pół roku intensywnie się odchudzałam a także – co jeszcze trudniejsze – zmieniałam nawyki żywieniowe i życiowe. W kwestii jedzenia chodziło o zamianę z 2-3 mega posiłków na 5 niewielkich posiłków dziennie. Jeśli chodzi o nawyki „życiowe” to było to wdrożenie się do sportu i aktywności fizycznej.

W efekcie tej „walki” zyskałam płaski brzuch i 10 kg na minusie. Jednak to wszystko było bardzo trudne i powiedziałam sobie wtedy never – ever! Więcej nie chcę przez to przechodzić!

 

Jak do tej pory udało się, a tu… ciąża. Nagle zaokrąglony brzuszek staje się normalny i nawet pożądany. Pewnie to co napiszę dalej, jest raczej niepopularnym stwierdzeniem. Powiem jednak szczerze, że presja płaskiego brzucha jakoś nie mija mi w ciąży 🙂 Wraca ta znajoma frustracja, gdy trudno dobrać ubranie, bo tu ciasne, a tu za szerokie i w ogóle co chwilę „wyrasta” się z dotychczasowych ciuchów (a ubrania ciążowe są dosyć okropne 🙂 ).

Dziwnie się też człowiek czuje, gdy brzuch, który do tej pory miał być jakimś defektem, w okresie ciąży staje się „błogosławiony”. No cóż, w końcu rośnie tam przyszłość narodu! 🙂