Doping?

Od kilku lat biorę udział w – tak zwanych – amatorskich zawodach. No bo, czy można nazwać amatorstwem przejście 50 km czy przebiegnięcie 21 km…?

Może można:)

I tak, na maratonach pieszych na 50 km, zwykle jest bardzo duży limit czasu, a na trasie tylko kilka punktów kontrolnych. Dystans 50 km to sporo – każdemu piechurowi dokucza ból mięśni, gdy upał – to pęcherze i gorąco, gdy deszcz – to błoto i odparzone stopy. To jest wymagający dystans. Ale… tak naprawdę łatwo można „skrócić” trasę – załatwić sobie podwiezienie, znaleźć jakiś skrót na mapie. I jest duża szansa, że nikt tego nie zauważy. W maratonach, w których brałam udział, słyszałam o osobach, które właśnie coś takiego zrobiły.

Tylko… po co?

Przecież maraton to przede wszystkim walka z sobą i własnymi słabościami. Skrócenie trasy to nie oszukanie organizatorów, tylko… oszukanie samego siebie. Mówić, że mogę i dokonałam tego, choć nie dokonałam? Co to za satysfakcja?

Słysząc o dopingu wśród polskich olimpijczyków, mam świadomość, że to zupełnie inna ranga i już nie „amatorstwo”, a… biznes.

Trudno mi jednak zrozumieć i pogodzić się z tym, że sport, który sam z siebie ma wyrabiać w ludziach charakter, a widzom dostarczać radości i wzruszeń, staje się tylko machiną. Więc… wolę już to „amatorstwo” i prawdziwe – choć małe – sukcesy i prawdziwe radości zwykłych ludzi 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked